czwartek, 5 sierpnia 2010

Dzień 24 - miasteczko Sai Kung, plaża i wodospady Sai Wan

W niedzielę obudził mnie Alex, wysyłając sms'a czy nie chciałbym pojechać z nim i jego znajomymi na plażę na Nowe Terytoria. Jako, że po Beach Party byłem dość mocno zmęczony, to trochę się wahałem, jednak postanowiłem się zebrać i pojechać. Nie żałowałem ani trochę!
 
Aby dostać się na plaże w Sai Wan, należy wziąć metro, minibus, a później taksówkę. Pierwszym naszym przystankiem było miasteczko turystyczno-rybackie Sai Kung. 



Wzdłuż portu przy którym znajdują się dwa mola, rozpościera się długa promenada. Za dość niewielkie pieniądze można wybrać się na rejs dżonką dookoła okolicznych wysp.

  

Dżonka to dalekowschodni niewielki statek drewniany, kilkumasztowy o charakterystycznych wielokątnych żaglach przypominających wachlarz. Niestety większość dżonek pływających po wodach Hong Kong'u została przerobiona na łodzie motorowe, przez co straciły cały urok.


Miejscowość słynie też z bogatej oferty owoców morza, które 'swobodnie' pływają sobie w wielkich zbiornikach. Aby skosztować owych 'przysmaków' wystarczy wskazać palcem co nam się podoba, a następnie usiąść w pobliskim barze, aby spożyć przygotowane danie.



Miejscowość jest bardzo malownicza. Uwagę zwraca okazała chińska brama symbolizująca wejście do starówki. 

  

Sama starówka to małe domki, wąskie uliczki z lokalnymi sklepikami i kramami. Tutaj można przyjrzeć się prawdziwemu życiu chińskich rodzin. W większości całe ich życie rozgrywa się na ulicy.


  

Zaraz obok znajduje się też mini port dla łodek i dżonek miejscowych ludzi, który niestety jest bardzo zanieczyszczony i zaniedbany...



Idąc dalej trafiamy do nowej części miasta, w której oprócz bloków i sklepów, można zobaczyć ładną i niezbyt dużą świątynię. 



Po krótkim spacerze udaliśmy się taksówką do Sai Kung East Country Park. Na teren parku mogą wjeżdżać tylko taksówki i minibusy. Na miejscu spotkaliśmy członków akcji protestacyjnej. Chcą oni uchronić Sai Wan przed masową turystyką. 


Aby dojść do plaży Sai Wan należy przebić się około 40 minut szlakiem przez szczyt parku krajobrazowego. 


Po drodze mijamy bajeczny zbiornik wody pitnej High Island Reservoir. Sztucznie zbudowane 2 tamy odgrodziły zatokę od morza i w ten sposób niższy poziom wody odkrył malownicze brzegi. 



Spacer szlakiem jest bardzo łatwy ponieważ cała ścieżka jest wylana betonem. 


Podejście na szczyt w temperaturze ponad 30 stopni było trochę bardziej wyczerpujące. Jednak schodząc naszym oczom ukazuje się ukryta wśród gór zatoka Sai Wan.


Wchodząc do małej wioski widzimy parę brudnych i zaniedbanych budynków, w który miejscowi starają się przygotowywać posiłki dla turystów oraz sprzedawać napoje.Bliżej plaży jest już lepiej - znajdują się zadaszone 'restauracje' i bary.



Uwaga, teraz plaża! Jest po prostu boska. Szeroka, piaszczysta, czysta, skryta wśród gór i schodząca do morza o przecudnym kolorze. W połączeniu z przybrzeżnymi skałkami tworzy malownicze pejzaże tropikalne.


  
Co prawda do zatoki w weekendy przypływa dużo luksusowych jachtów to i tak można cieszyć się mało zatłoczoną plażą i kąpielą. Woda w morzu swoją temperaturą przerosła moje oczekiwania. Jest po prostu gorąca! Nie ma mowy o ochłodzie:P


Niestety w taką pogodę bez parasola, ani rusz więc wypożyczyliśmy jeden, aby mieć się gdzie schronić. Jak widać plaża jest raczej pusta, a to ze względu na odległość od centrum. W sumie jakieś 2h podróży.

Nasi lokalni znajomi polecili nam przejść się trochę w głąb lądu, aby zobaczyć i wykąpać się w bardzo malowniczych wodospadach małej rzeczki. Najpierw poszedłem bez aparatu, jednak po 2h tam spędzonych postanowiłem wrócić, aby uwiecznić to miejsce. 


Niestety było już późno, więc słońce nie oświetlało całości wodospadów. Jednak i tak uważam, że miejsce jest wyjątkowe. Podczas dnia było tu wiele osób kąpiących się w basenach wodospadów.




Najlepszą frajdą był masaż pod wodospadami. Woda jest chłodna, więc pozwala na konkretne orzeźwienie i relaks. 


 


Wspięliśmy się też na góre, skąd widoki są trochę zartrważające, szczególnie siedząc na najwyżej półce skalnej. Wcześniej, w środku dnia śmiałkowie, głównie młodzi chłopcy, skakali stąd do wody.

Gdy wracaliśmy, w więkoszci 'basenów' nie było juz ludzi, więc tafla wody była jak lustro :) 


Rzeczka, która płynie z wodospadów wpada przez plażę prosto do morza. 


Korzystając z okazji postanowiłem jeszcze wspiąć się szlakiem na pobliskie wzgórze, aby uchwycić zatokę Sai Wan w całej okazałości.



Idąc dalej szlakiem MacLehose'a można dotrzeć do kolejnych 3 dzikich plaż. Każda oddalona od siebie jest około 40 minut spaceru, więc potrzeba całego dnia, aby je zwiedzić. Ponoć ta ostatnia jest najpiękniejsza, oczywiście, ze względu na odległość. 


Na koniec jeszcze zdjęcie grupowe i około godziny 18 wyruszyliśmy w drogę powrotną.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz